Polsko-angielskie historie z morałem – dwujęzyczne książki, które musisz mieć w swojej biblioteczce nauczycielu + KONKURS !

Zachwyciła mnie okładka. Często powtarzamy, że po okładce książki nie należy oceniać, ale jestem wzrokowcem, więc musicie mi wybaczyć, że tym razem przepadłam już przy obwolucie. Potem skusiłam się na to, co Kinga White ukryła w środku „Przygód zwierzaków od A-Z” i wiedziałam, że moja przygoda z serią dwujęzycznych książek wydawnictwa POLTEXT szybko się nie skończy.

Chciałam podzielić się z Wami jakże przyjemnym odkryciem ostatnich tygodni i opowiedzieć Wam krótko o cudownych polsko-angielskich książkach dla dzieci (i nie tylko), które zagościły w moim domu i zajęły honorowe miejsce na półce tych lektur, po które sięgam z radością, gdy z córeczką chcemy spokojnie, ale owocnie zakończyć dzień.

Książki są zarazem podobne i zupełnie inne. Podobne, bo w każdej znajdziecie taki sam schemat t.j. tekst w języku angielskim, a poniżej ten sam fragment przełożony na język polski. Każda książka to nowe angielskie słowa, dodatkowe ćwiczenia, aby je utrwalić, zagadnienia gramatyczne opisane w przystępny dla młodszych jak i starszych czytelników sposób.

Ponadto, łamigłówki, rebusy, krzyżówki i ciekawostki, które zaskoczą najbardziej dociekliwych. Czytając każdą publikację uczymy się wielowymiarowo. To nie tylko spora dawka wiedzy leksykalnej i gramatycznej o języku angielskim, ale i wiedzy o świecie, bo fakty, które znajdziecie m.in. w „Przygodach Zwierzaków od A-Z’ uświadomią Wam, że nie wiecie wszystkiego. Jak nazywamy fazy księżyca? Mrównik czy mrówkojad – która nazwa jest poprawna? Może obie? Wiedzieliście, że uszy słonia sygnalizują jego stan emocjonalny, a pingwin cesarski potrafi przebywać pod wodą nawet 25 minut? Ja też nie, ale teraz moja córka może bombardować mnie wyszukanymi pytaniami, bo znam wyszukane odpowiedzi.

Co ważne, każda książka posiada kod, który pozwoli Wam pobrać ze strony wydawnictwa darmowe nagranie audio mp3 i słuchać tekstu po polsku, po angielsku lub w wersji dwujęzycznej. Nie od dziś wiadomo, że najlepszą wymowę ćwiczymy śledząc tekst i jednocześnie słuchając lektora. Tutaj macie tę możliwość, a nagrania to kawał dobrej roboty!

Książki różnią się szatą graficzną. Historiom towarzyszą unikatowe ilustracje pobudzające wyobraźnię. Ciężko oderwać od nich oczy, a wierzcie mi, że ja lubię patrzeć na to, co ładne i intrygujące. Nie wspomnę o dzieciach… i ile ilustracje dają Nam możliwości na poszerzanie zasobu słownictwa Naszych, albo nie naszych pociech. Nazywajmy, opisujmy, zgadujmy razem z dzieckiem, co kryje się na obrazku – wspólnie i na wesoło!

 „Przygody zwierząt od A-Z” / „An Alphabet of Animal Adventures” Kinga White

Jestem zachwycona  „Przygodami zwierząt od A-Z” Kingi White. „ A” to historia o mrówce (z ang. „ant” ), która miała bliskie i niekoniecznie przyjemne spotkanie z prosięciem ziemnym. Po odczytaniu i/lub odsłuchaniu historyjki możecie wspólnie z dzieckiem powtórzyć słownictwo z tekstu, bo znajdziecie pod każdym opowiadaniem słówka angielskie i polskie do wglądu, nierzadko czasowniki frazowe czy ciekawe idiomy, ale i gramatykę w prawdziwym kontekście, bo tę, która pojawiła się w historii (m.in. past simple, can, stopniowanie przymiotników).

„Zagubiony świetlik ” / „Brighty Got Lost” Adam Święcki


Kolejna książka to „Zagubiony świetlik” Adama Święckiego. Świetlik, ognik, duszek bagienny to postać z ludowych wierzeń słowiańskich, zamieszkująca lasy i bagna. Świecąc żółtym światłem, wskazywał dobrym ludziom drogę, a złych sprowadzał na manowce. Tym razem sam zgubił się w lesie i potrzebował pomocy. Historię świetlika w tarapatach opowiada sam las, który w książce oddany jest tak realistycznie, iż czytając opowieść późnym wieczorem na chwilę przenosimy się dzięki ilustracjom w samo jego serce.

Piękny morał na końcu opowieści o duszku bagiennym noszę głęboko w sercu – „Every Brighty needs to lose his way once in his lifetime. So that he can then help others who are lost.”

„Baśń o złej królewnie” / „A Tale of an Evil Princess” Magdalena Kornatowska

Trzecia z serii „Baśń o złej królewnie” Magdaleny Kornatowskiej to historia Almy, królewny o kamiennym sercu, która zmieniła się na lepsze dzięki dobroci, którą jej okazano. Poznała także smak ciężkiej pracy i zrozumiała, że najważniejsze dla człowieka jest być wrażliwym na krzywdę innych. Po przeczytaniu opowieści możecie znów poćwiczyć słownictwo, bo na końcu książki znajdziecie zadania typu wykreślanie, krzyżówki, zdania do uzupełnienia bazujące na frazach z opowiadania.

„The Tale of Peter Rabbit” Beatrix Potter

„The Tale of Peter Rabbit” została stworzona we współpracy Beatrix Potter, Marty Fihel i Grzegorza Komerskiego. Na stronie wydawnictwa POLTEXT czytamy „Dawno, dawno temu były sobie cztery małe króliczki: Flopsy, Mopsy, Cottontail i Peter… Poznaj Piotrusia – jednego z najbardziej niesfornych i ciekawskich bohaterów uroczej historii. Synek pani Królikowej uwielbia psoty! Sprawdź, jak się skończy jego wizyta w ogrodzie groźnego pana McGregora.” My z moją córką już sprawdziłyśmy i chcemy więcej Piotrusia!

„The Moon Tear of Adynis ” / „ Księżycowa łza z Adynis” Sora Cordonnier

Wreszcie propozycja dla bardziej zaawansowanych językowo czytelników. Propozycja wzruszająca, bo „Księżycowa łza z Adynis” autorstwa Sory Cordonnier to książka dla tych, którzy łez, ani bardziej wymagającej gramatyki się nie boją. Znajdziecie tu past continuous, cleft sentences, ułamki i procenty, przydatne zwroty jak feel like, wihtout doing, kolokacje czy idiomy bazujące na słowach kluczach np. tears (bring tears to somebody’s eyes, fight back tears, weep tears), zadania na rozumienie tekstu ABC oraz ciekawostki: galaktyki – mrowiska gwiazd, komety – ogniste ścieżki, grawitacja – niewidzialna i bardzo ważna oraz rzecz jasna… słowniczki!

Książka to 15 rozdziałów o Glenie, chłopcu zamieszkującym Adynis, planetę podobną do Ziemi. Mieszkańcy Adynis zapomnieli czym są emocje, jak współczuć, jak kochać, jak być dla innych. Glen jako jedyny nie utracił tej zdolności. Na jego drodze staje Quinn, przyjaciółka, która pomoże mu zawalczyć o cenne wartości, które mieszkańcy Adynis być może bezpowrotnie utracili.


UWAGA! Mam dla Was KONKURS, a w nim do wygrania książki z serii.

Regulamin konkursu

Spośród odpowiedzi wybiorę 2 najciekawsze i nagrodzę zestawem 3 książek. Tekst nadesłany musi być pracą własną. Jedna osoba może zgłosić jeden tekst. Oceniane będą następujące aspekty: oryginalność, kreatywność, poprawność językowa, zgodność z tematyką zadania konkursowego.

Konkurs trwa od 12.07 do 20.07.2021 (do godziny 24.00)

Rozstrzygnięcie konkursu 21.07.2021.


Reklama

Flipowanie i sketchnoting – Magiczne umiejętności nowoczesnego nauczyciela

Czy doświadczyliście kiedyś magii? Dla mnie magię można opisać dwoma słowami: flipowanie i sketchnoting. „FLIPOWANIE® to autorski warsztat tworzenia flipchartów, które dzięki wykorzystaniu myślenia wizualnego, technik sketchnotingu i elementów facylitacji graficznej, pomagają lepiej zrozumieć i zapamiętać treści, angażują odbiorców i budzą pozytywne emocje. To MAGIA” – pisze Gabriela Borowczyk na swojej stronie http://www.flipowanie.pl. Gabrysię odkryłam przypadkiem. Pewnego razu dołączyłam do jedego z jej wielu darmowych webinarów „Jak rysować proste ikonki i jak je wykorzystać?” i… zakochałam się w sketchnotingu t.j. cytując autora książki The Sketchnote – Mike’a Rohde – połączeniu pisma ręcznego, rysunków, typografii, kształtów, elementów wizualnych. Tym samym sketchnoting jest notatką zapisaną w formie wizualnej.

Po webinarze czułam ogromny niedosyt. Ku mojej ogromnej radości okazało się, że Gabrysia organizuje warsztat stacjonarny w Krakowie. Co dalej? Jak to ja, pojechałam. 25 września 2020 roku zmieniłam całkowicie swoje nauczycielskie wyobrażenie o szkolnej tablicy czy prezentacji multimedialnej.

Warsztat trwał ponad 8 godzin i przez cały ten czas dawałam upust pokładom swojej kreatywności, a na końcu talent artystyczny, który w sobie odkryłam przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Nauczyłam się zupełnie innego myślenia o pisaniu. Gabrysia oferuje nie tylko stacjonarne warsztaty z flipowania, ale także liternictwa, archetypów i możliwość zakupienia kursów on-line.

Gabriela Borowczyk jest archetypicznym CZARODZIEJEM. Pisze o sobie „Moje imię to Magia, nauczę Cię rysować flipcharty i mam na to cały arsenał zaklęć i eliksirów. Jestem też archetypicznym TWÓRCĄ – kreatorem marki FLIPOWANIE®, autorką Kart Archetypów Marki i współautorką Kart Opowieści i Kart Transformacji. Mój wewnętrzny ODKRYWCA pcha mnie do nieustannego poszukiwania nowych kreatywnych rozwiązań. Mój kolejny archetyp to MĘDRZEC. O tak, mam zawsze dużo do powiedzenia, w dodatku mówię szybko – chcę po prostu zdążyć powiedzieć wszystko, co mam do przekazania”.

Warsztat, który Gabrysia prowadziła trwał 8 godzin, a miałam wrażenie, że były to przynajmniej 2 dni bardzo intensywnej nauki. Umiejętności, które nabyłam i wiedza, którą przekazała Gabriela zmieniły moje życie. Odkryłam nową pasję, bo sketchnoting jest dla mnie formą terapii relaksacyjnej, a sama możliwość połączenia tych kompetencji z przekazywaniem wiedzy na moich lekcjach jest jak odkrycie Ameryki dla mnie, ale i dla moich uczniów, którzy są pod wrażeniem tego, co teraz dla nich tworzę i to własnoręcznie!

W swoim życiu studiowałam dużo, brałam udział w rozmaitych szkoleniach, ale to szkolenie było jednym z najlepszych w jakich przyszło mi uczestniczyć. Przez ponad 8 godzin mój mózg skoncentrowany był na działaniu, moje ręce ubrudzone markerami, outlinerami i pastelami. Poznałam gumkę chlebową i dowiedziałam się ile na naszym czarno-białym flipcharcie potrafi zmienić szarość. Jak działają kolory, czym jest triada, kolory komplementarne, analogowe i których zestawień unikać. Nauczyłam się pisać inaczej. Litery pisane, drukowane i blokowe nie są już dla mnie tajemnicą.

W TRAKCIE SZKOLENIA

  • poznałam inspirujące nauczycielki, coachów i nawet logopedę, bo flipowanie jest dla wszystkich!
  • dostałam 3 specjalne markery, by szybciej zacząć swoją przygodę ze sketchnotingiem oraz bank inspiracji, szablonów, liter i ikonek w postaci skoroszytu
  • wypiłam hektolitry kawy, zjadłam melona, arbuza, jabłko, masę słodkości
    i pyszny dwudaniowy obiad
  • zgłębiłam tajniki swojego talentu rysowniczego
  • poznałam prawdę, która wydaje się niewiarygodna – każdy może rysować!

Poniżej znajdziecie kilka zdjęć z samych warsztatów.

Tutaj mój pierwszy notatnik do szkicowania bez liniatury, magiczne markery i moje pierwsze prace. Co prawda, niedoskonałe, ale to dopiero początek wspaniałej przygody, którą dzięki Gabrysi mogę przeżywać.

Zaglądnij na https://flipowanie.pl/ i daj się zaczarować!

Niebawem wstawię karty pracy, które robię własnoręcznie metodą sketchnotingową. Będą to karty dotyczące tematyki, którą aktualnie omawiam na swoich lekcjach na poziomach B1 + i B2 +. Może znajdziesz pośród nich coś dla siebie. Co sądzisz o flipowaniu i sketchnotingu? Poczułeś/ poczułaś magię?

W moich snach wciąż WARSZAWA

Warszawa, stolica Naszej pięknej Polski. Nie raz i nie dwa dane było mi odkrywać jej zakątki, ale w ostatni długi weekend postanowiłam wybrać się tam po raz trzeci i czwarty, a zapewne nie ostatni. To miasto owiane historią, niekoniecznie radosną, ale spacerując starówką w powietrzu da się wyczuć powiew dawnych dni, gdy miasto kwitło. Warszawa jest wielokulturowa i pełna miejsc, które można odkrywać ciągle na nowo. Tym razem postanowiłam odwiedzić Wilanów, miejskie zoo, oczywiście Plac Zamkowy, Plac Defilad, spojrzeć na Pałac Nauki i Kultury późną nocą i poleżeć błogo na łazienkowskiej trawie najpierw słuchając koncertu Chopinowskiego pod słynnym pomnikiem Fryderyka, a potem delektując się chrupiącym gofrem z owocami nieopodal Amfiteatru na Wyspie. Być może większość z was kojarzy stolicę z ciągłym ruchem, głośnymi klaksonami, skyscraperami, ale jeśli pozwolicie jej, by dała się wam poznać bliżej na pewno zaskoczy Was to, jak wolno potrafi tu płynąć czas.

Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie

Pałac w Wilanowie to pamiątka po Janie III – wielkim królu, miłośniku ksiąg i obrazów. Jak czytamy na stronie muzeum pamięć o Janie III pielęgnował Stanisław Kostka Potocki, polityk i założyciel wilanowskiego muzeum. Jan III został właścicielem posiadłości w Wilanowie w 1677 roku. Projektantem barokowego pałacu był Augustyn Locci Młodszy. Wokół pałacu znajdziemy folwark z budynkami gospodarczymi, zwierzyniec i niesamowity kompleks ogrodów, po których można spacerować godzinami: kwiaty, drzewa, dekoracyjne żywopłoty – jest, co podziwiać. Warto przysiąść na ławce, zawiesić wzrok na fontannie i na chwilę przenieść się w świat wyższych sfer. Warto dodać, że po drugiej wojnie światowej Pałac Wilanowski przeszedł na własność państwa. Po pracach konserwatorskich w 1962 roku zdecydowano otworzyć go dla publiczności jako oddział Muzeum Narodowego w Warszawie. Jeśli ktoś lubi historię to można skusić się na wejściówkę do Pałacu, gdzie na zwiedzanie czekają liczne królewskie komnaty i ekspozycja stała. We czwartki można wejść za darmo.

Miejskie zoo na Ratuszowej

Jeśli chcecie wybrać się do zoo w Warszawie koniecznie załóżcie wygodne buty, bo zrobicie tam kilometry. W miejskim zoo jest naprawdę dużo do zobaczenia. Spotkacie w nim goryle, szympansy, lemury, małe rekiny, tygrysy, wielbłądy, zebry, pelikany, słonie, żyrafy, węże, pingwiny… Raj dla dzieci i dorosłych. Zielone alejki, ławki, na których można złapać oddech, kawiarnie, restauracje i snack busy, gdzie można zjeść – najlepiej mieć przynajmniej jeden cały dzień na to, by niczego w zoo nie przegapić.

Łazienki Królewskie i Koncerty Chopinowskie

Od 19 maja do 29 września 2019 r. w każdą niedzielę o godz. 12.00 i 16.00 w Łazienkach Królewskich można posłuchać muzyki Fryderyka Chopina. Jest to 60. sezon Koncertów Chopinowskich, a w jego trakcie wystąpi 42 wybitnych pianistów z całego świata. Osobiście miałam okazję posłuchać wykonania Yoshie Uno i Masako Furukawy z Japonii. Koncerty Chopinowskie cieszą się ogromną popularnością. Setki ludzi rozkładają koce na trawniku pod posągiem Fryderyka, zamykają oczy i odpływają w rytm etiud, mazurków, ballad i nokturnów mistrza.

Plac Zamkowy i Starówka

Zamek Królewski to punkt obowiązkowy dla każdego turysty. Warto zaglądnąć do środka. Pierwotnie była to siedziba książąt mazowieckich, a obecnie funkcjonuje tutaj muzeum. Będąc na Placu Zamkowym trafiliśmy na pokaz baniek mydlanych i zjedliśmy obiad w jednej z pobliskich restauracji „Literatce” – chrupiący łosoś i grillowane warzywa smakują tutaj wyśmienicie. Z Placu Zamkowego warto udać się na Barbakan czyli element średniowiecznego budownictwa obronnego. Spotkacie tu stoiska z rękodziełem czy budki z goframi, więc można przekąsić coś na słodko. Z Barbakanu polecam udać się pod pomnik Syrenki na Rynku Starego Miasta, aby zrobić pamiątkowe zdjęcie, a przy okazji ochłodzić się przy fontannie. Z Placu Zamkowego droga prowadzi także pod Pałac Prezydencki oraz Ogród Saski t.j. wielki park miejski w śródmieściu, a zaraz obok znajduje się także Grób Nieznanego Żołnierza, który upamiętnia poległych w walce o niepodległość. Ostatni punkt na mojej mapie to przede wszystkim dachowy Ogród Biblioteki Uniwersyteckiej, gdzie można podziwiać egzotyczne kwiaty i krzewy oraz Plażowka Saska, gdzie poczujecie nadmorski klimat. Zdecydowanie jest to miejsce idealne na popołudniową kawę z leżakiem w tle.

W przyszłości marzy mi się jeszcze cały dzień w Centrum Nauki Kopernik, Klockowni, Muzeum Świat Iluzji i warszawskiej Hulikuli. Chciałabym także zobaczyć na żywo pokaz w Multimedialnym Parku Fontann w Warszawie, bo niestety miałam szansę spojrzeć na całe show tylko z daleka. Po pierwsze, dlatego, że zaparkowanie w okolicach parku w godzinach pokazu graniczy z cudem. Po drugie, pokaz ma miejsce późnym wieczorem i z małym dzieckiem trzeba to wcześniej dobrze zorganizować.

Byliście kiedyś w tych miejscach? Czy was też ciągnie do stolicy?


Całkowite zanurzenie w anglojęzycznych serialach – MOJA TOP LISTA

Kiedyś wspominałam, że Total Immersion czyli całkowite zanurzenie w angielskim jest jedną z najlepszych metod uczenia się języka obcego. Poprzez całkowite zanurzenie się mam na myśli otaczanie się angielskim w każdej możliwej sytuacji. Oczywiście, najlepszym rozwiązaniem jest wyjazd do anglojęzycznego kraju i najlepiej znalezienie się w środowisku anglojęzycznym t.j. między prawdziwymi native speakerami języka angielskiego. Niestety, nie każdy ma takie możliwości czy to ze względu na brak czasu, pieniędzy, chęci, albo… odczuwanego strachu. Nie lubimy być rzucani na głęboką wodę, a tym bardziej jeśli startujemy od poziomu „absolute beginner” t.j. nie posiadamy żadnej znajomości języka angielskiego i nigdy wcześniej się go nie uczyliśmy. Otaczać językiem możemy się na kilka sposobów: poprzez słuchanie anglojęzycznego radia np. //www.bbc.com/, wejść na Skype, znaleźć odpowiednią platformę online, można także wybrać się na miasto i porozmawiać na żywo z anglojęzycznymi osobami przesiadującymi w restauracjach często otwartymi na nowe znajomości. Niektóre lokale organizują nawet takie „posiedzenia z kawą”, gdzie rozmawia się tylko w języku obcym.

Jeśli lubicie kino warto oglądać anglojęzyczne filmy czy seriale. Polecam szczególnie te z anglojęzycznymi subtitles. Ja ostatnio uwielbiam włączyć Netflixa, potem kolejny odcinek „Ani, nie Anny” i wygodnie ułożyć się na kanapie z kubkiem gorącego kakao i małą przekąską. W takich chwilach „zanurzam się” do tego stopnia, że można do mnie mówić i mówić, a ja z pewnością nie zwrócę na to uwagi.

Skoro o serialach mowa, to właśnie w tym poście postanowiłam zebrać listę moich ulubionych seriali, które szczerze polecam. Nie bójcie się angielskich napisów. Na początku może być to nieco niekomfortowe uczucie, ale bardzo szybko nasz mózg to zaakceptuje i przestawi się na obcojęzyczny tryb.

Pamiętam mój pierwszy wykład z Literatury Brytyjskiej na studiach. Wszyscy byliśmy zaskoczeni, że był w całości przeprowadzony po angielsku i notatki musiały być angielskie, a później nauka i egzaminy zdawane wyłącznie po angielsku. Zaskoczenie z czasem minęło, a w zamian pojawiła się czysta przyjemność słuchania i zanurzania się w języku na każdych zajęciach przez pięć kolejnych lat. Stało się to dla mnie czymś naturalnym i oczywistym – tak dzieje się, gdy wyjeżdżamy za granicę, oglądamy filmy po angielsku, słuchamy anglojęzycznej muzyki czy wieczorami mówimy do… lustra po angielsku, żeby przełamać barierę językową, gdy wydaje nam się, że śmiesznie brzmimy i komicznie wyglądamy mówiąc po angielsku. Takie „sam na sam z lustrem” pozwala się przekonać, że wcale nie jest tak tragicznie.

Poniżej moja subiektywna lista 5 top seriali, które w ostatnim czasie skradły moje oczy. Niektóre lekkie „do pośmiania”, niektóre nieco bardziej wyniosłe skłaniające do refleksji. Każdy znajdzie coś dla siebie.

1 The Mindy Project

Każdy odcinek to wyciskacz łez…, ale tych płynących po twarzy od śmiechu. Serial o młodej lekarce, która próbuje pogodzić pracę z życiem prywatnym. To taka Bridget Jones, ale w dłuższym wydaniu. Nie wiem, jak wy, ale nie lubię, gdy mój ulubiony serial dobiega końca. Potem zawsze dochodzę do siebie przez kilka tygodni, aż znajdę coś, co go godnie zastąpi. „The Mindy Project” ma na szczęście, aż 6 sezonów. Uwielbiam główną aktorkę Mindy Kaling za jej dystans do siebie i za niesamowite poczucie humoru. Zresztą cała obsada staje na wysokości zadania: potrafią żartować, wzruszać… ach, chętnie oglądnęłabym całość jeszcze raz, ale nigdy nie wchodzę dwa razy do tej samej rzeki. Zazdroszczę, że macie seans dopiero przed sobą!

2 The Crown

Bardzo lubię seriale oparte na faktach. Lubię biografie znanych osób przedstawione od tej innej strony medalu, bardziej kontrowersyjnej, wnikliwej. „The Crown” z pewnością wpisuje się w ten klimat. Serial o „brytyjskiej koronie”, o królowej Elżbiecie II. W serialu zobaczycie różne odsłony Jej Wysokości (Her Majesty), tę silną, ale i kruchą, delikatną. Serial pełen jest wielkich namiętności, ale i wielbiciele politycznych zagrywek i historii znajdą w nim dużo smaczków. Świetny brytyjski akcent Claire Foy, która wciela się w rolę królowej jest jak miód dla uszu. Zresztą, nie tylko akcent, ale cała jej gra aktorska miażdży! Jak do tej pory powstały dwa sezony, ale za to jeden odcinek trwa ok. 45 minut. Sezon trzeci podobno rusza już w listopadzie. Niestety, w tej serii Claire Foy i Matta Smitha, który wciela się w postać księcia Filipa zastąpią nowe twarze.

3. Anne with an E

Anię z Zielonego Wzgórza zna każdy. Myślę, że większość z nas miała z nią styczność w szkole podstawowej. Osobiście, uwielbiałam czytać o jej przygodach. W serialu Netflixa rudowłosa, piegowata Ania zmienia rzeczywistość Avonlea. Już od pierwszych chwil skrada serce Mateusza, a nieco później i Maryla nie potrafi wyobrazić sobie życia przed Anią. Serial nie jest typowym „zabijaczem czasu” dla młodzieży. Główna bohaterka ma być swoistym „archetypem” współczesnej kobiety: silna, przebojowa, pewna swoich racji, indywidualistka – taka jest Ania, nie Anna. Świetny angielski, piękne monologi, cudowne zdjęcia… Dużo kwiatów. Dwa sezony już za mną, a wrzesień 2019 szykuje trzecią serię.

4. Better Things

Amerykański serial nie dla każdego. To pierwsza definicja, która przychodzi mi do głowy. Główna bohaterka, Sam jest po 40-stce. Wychowuje samotnie trzy córki. Wszystko to w sposób dość niekonwencjonalny, bo dość wyluzowany, ale jednak bardzo prawdziwy. Sam próbuje godzić pracę aktorki i problemy życia codziennego jak jej starzenie się, dorastanie dzieci, wolność, odpowiedzialność, zależność, śmiertelność. Specyficzny klimat serialu i dialog pomiędzy Sam, a jej córkami, albo jej matką, która często wpada do niej bez zapowiedzi czasami wzrusza, czasami śmieszy. Bywa, że zostawia na twarzy widza wielki znak zapytania – „Better Things” mimo swojego wolnego flow, potrafi mieć zaskakujące zwroty akcji.

5. This is Us

Mój numer jeden, chociaż piąty na liście. „Tacy jesteśmy” – plakat wskazuje na to, że będzie to kolejna tkliwa opowieść o miłości i przyjaźni oraz rodzinnych perypetiach, a tutaj zdziwiłam się, bo jest to tak smaczna opowieść o miłości, przyjaźni i rodzinie jakiej dawno nie widziałam na ekranie. Amerykański serial z 2016 roku opowiada o rodzinie Pearsonów – Rebecca (Mandy Moore) i Jack (Milo Ventimiglia) spodziewają się trojaczków. Niestety, jest im dane wychować tylko dwoje z nich. Jednak, los chce, że na ich drodze staje trzeci maluch, którego decydują się adoptować, aby wypełnić pustkę po utraconym dziecku. „The Big Three” – tak mówią o swoich dzieciach Rebecca i Jack. Serial opowiada o późniejszych losach Wielkiej Trójki. Pierwszy odcinek przenosi nas w przyszłość. Wielka Trójka świętuje swoje urodziny, ale oddzielnie. Widzimy jak potoczyły się ich losy po ponad 30 latach. Z czasem dowiadujemy się także więcej o losach ich rodziców. Fabuła serialu opiera się na retrospekcjach. Wiele wydarzeń zostaje wytłumaczonych dopiero, gdy mamy szansę powrócić do dzieciństwa Wielkiej Trójki czyli Kevina, Kate i Randalla.

Więcej nie powiem, więcej czeka na was przed telewizorem. Oczywiście, z angielskimi napisami na ekranie, miską popcornu w ręce i wyborowym towarzystwem.

Chorwacja jakiej nie znacie

Gdy myślę „Chorwacja” widzę bezkres lazurowego morza, kamienistą plażę, zimne piwo leniwie sączone w jednym z lokalnych barów z widokiem na Adriatyk. Chwile ulotne jak motyle – w Chorwacji czas płynie zdecydowanie szybciej, niż w Polsce.

Pierwsze godziny w Chorwacji spędziłam przy zachodzie słońca nad Morzem Śródziemnym popijając orzeźwiający złoty napój. To tutaj zaczęłam swoją przygodę z Istarską. Długi spacer brzegiem morza, zachwyt ciszą panującą dookoła…. Molo, a pod nim woda pełna ryb i muszelek. Odczuwany wówczas strach, że może powinąć mi się noga i wyląduję na dnie chorwackich głębin. Śmiech i ulga, bo przecież w razie czego, umiem pływać.

Chorwacja leży nad Adriatykiem, jej stolicą jest Zagrzeb i liczy ok. 4,300, 000 mieszkańców. W każdym z chorwackich miast jak Rijeka, Pula czy Split zapłacimy Kunami. Oficjalny hymn nosi nazwę „Our Beautiful Homeland” (z ang.), a flaga ma trzy kolory: czerwony, biały i niebieski.

Chorwacja słynie nie tylko z dostępu do Adriatyku i jego przejrzystej wody czy nieziemskich plaż. Słynie także z jezior i rzek oraz bardzo zróżnicowanej kuchni, w której przeważają owoce morza: mątwa, kałamarnica, ośmiornica czy małże – w tym gustują Chorwaci. Kuchnia jest bogata w warzywa, głównie rośliny strączkowe z których robi się pyszne zupy (maneštra), warzywa grilluje się lub robi na parze z dodatkiem oliwy i przypraw. Oliwa to podstawa w Chorwacji. Z mięs najczęściej spotkamy na talerzu baraninę.

Większość swojego pobytu spędziłam w trzech chorwackich miastach, a więc poniżej kilka słów na temat Puli, Rovinij i Rijeki.

PULA

To największe i położone na siedmiu wzgórzach (Arena, Kaštel, Opatija sv. Mihovila, Mondipola, Sv. Martin, Pra Grande i Zaro) miasto na półwyspie Istaria. Pula słynie z Areny lub też Amfiteatru, który niejeden turysta myli z rzymskim Koloseum. Owszem, ma z nim dużo wspólnego, bo podobnie jak Koloseum jest w świetnym stanie architektonicznym i w czasach starożytnych odbywały się tutaj walki gladiatorów. Sam Amfiteatr zbudowany jest z białego wapienia i ma podstawę elipsy. W czasach swojej świetności mógł pomieścić ok. 23 000 widzów. Na górze Amfiteatru znajduje się akwedukt. Woda, która z niego kapała w dawnych czasach działała jak klimatyzator.

Jedna ze ścian Amfiteatru jest wyraźnie bielsza. Niektórzy uważają, że to za sprawą dobudowania jej w późniejszym okresie istnienia budynku, a to ponoć, efekt oczyszczenia jej przez konserwatorów.

Obecnie Arena w Puli pełni rolę widowiskową. W Amfiteatrze występowały prawdziwe gwiazdy jak Luciano Pavarotti, Andrea Bocelli, Jose Carreras, Anastacia, Eros Ramazotti, Alanis Morissette, Sinéad O’Connor czy Elton John. To tu odbywa się kultowy Międzynarodowy Festiwal Filmowy.

W Puli znajdziemy także bramę zwaną Bramą Herkulesa. Herkulova vrata przedstawia prawdopodobnie głowę herosa i jego nieodłączną maczugę.

Pula jest także jednym z głównych portów rybackich, więc można zjeść tu pyszne owoce morza. Dodatkowo, dla miłośników mocniejszych trunków wyskokowych mam dobrą wiadomość. Pula słynie z białego wina Rakiji – alkoholu z owocową nutą. Warto przywieźć do domu chociaż jedną butelkę. Osobiście pokusiłam się o zakup Rakiji, ale do tej pory stoi nienaruszona i czeka na swoją specjalną okazję.

ROVINIJ

Spacer promenadą w Rovinij w otoczeniu białych mew jest cudownym przeżyciem. Rovinij nazywane jest chorwackim Saint Tropez, gdyż włoskie wpływy widoczne są tutaj na każdym kroku. Brukowane, wąskie uliczki wprawiają w romantyczny nastrój. Wszędzie kwitną kwiaty, a przy drzwiach domów stoją kolorowe rowery, bo Rovinij to rowerowe miasto. Na ścianach z kolei możemy podziwiać obrazy – czuć tu prawdziwy artyzm. Zdradzę Wam, że chętnie zamieszkałabym w tym artystycznym raju. Błądząc radośnie między uliczkami można zakupić wór pamiątek, bo co kilka kroków stoją stragany z biżuterią, zawieszkami, figurkami, a nawet winem.

Niesamowite wrażenie zrobił na mnie także Kościół Św. Eufemii w Rovinju, który dominuje nad starym miastem. Św. Eufemia jest patronką Rovinja i właśnie w tym kościele znajdują się jej szczątki. Kościół wybudowany został w stylu barokowo-weneckim, a dzwonnica kościoła ma aż 60 metrów.

RIJEKA

To najmniej odwiedzane przez turystów miasto. Zapewne ze względu na przytłaczające. stare budynki i ciszę, której w Rijece pod dostatkiem, a wakacje to przecież czas na szaleństwo. Chcemy widzieć, chcemy poznawać, chcemy przeżywać. Jednak, niech was nie zmyli ogólne przekonanie, bo w Rijece to szaleństwo jest możliwe!

Rijeka jest miastem portowym, a więc spacer po porcie na pewno będzie niemałą atrakcją dla wybrednych. Piękna wieża zegarowa, symbol Rijeki i główny zabytek oraz fontanna na Korzo i Starym Mieście to coś, co warto zobaczyć na własne oczy. Korzo to “serce Rijeki”. To główna promenada miejska, gdzie codziennie przechodzą tysiące ludzi. Korzo wywodzi się z włoskiego słowa corso oznaczającego „ścieżkę” – włoskiego, gdyż Rijeka przez długi czas była pod wpływem Wenecjan. Będąc w Rijece, można zwiedzić jej okolice np. Park Narodowy Risnjak, góry Učka i Velebit oraz miasta Opatija i Crikvenic. W Rijece zjecie też smaczne lody i wypijecie aromatyczną kawę.

Poniżej moje autorskie zdjęcia z Chorwacji. Tak widzi ją mój aparat. Zapraszam w podróż nad Adriatyk.

WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO RZYMU

Prędzej czy później każdy tu dotrze, czy to w marzeniach sennych czy na jawie, każdy spełni swój włoski sen. Rzym to stolica Włoch, to stolica pizzy i pasty, stolica muzeów. Wreszcie, stolica kawy: cappuccino, caffe macchiato, caffe lungo, espresso i caffee fredo – raj dla kawoholiczki, którą, przyznam nieskromnie, jestem i prawdopodobnie pozostanę.

Cudowny śródziemnomorski klimat i bliskość morza czynią to miasto niezwykłą turystyczną atrakcją. Temperatury sięgające 35 stopni Celsjusza zachęcają do wylegiwania się na piaszczystej plaży, gdzieś koło Rzymu.

Rzym słynie z tego, że jest jednym z najbardziej zielonych miast. Mimo licznych budynków nie jest trudno znaleźć tu błogi spoczynek w cieniu.

Będąc w Rzymie koniecznie trzeba założyć wygodne buty, bo jest czym nasycić spragnione wrażeń oczy. Zabytki takie jak: Koloseum, Panteon, Forum Romanum, Piazza Navona, Fontanna di Trevi, Hiszpańskie Schody czy Watykan to obowiązkowe punkty na mapie zwiedzania. Przyznam, że po Koloseum oczekiwałam nieco więcej. Wydawało mi się, że jest zdecydowanie większe i przytłoczy mnie ogrom tej budowli, a jednak nie było efektu „wow”. Może z tego względu, że pod Koloseum ciągle kręcą się handlarze, a ich natrętny marketing może niejako odciągać uwagę, od tego, co najważniejsze w tamtym miejscu. Ciągłe „nie, dziękuję”, może stanowczo zniszczyć pierwsze zetknięcie z tym gigantycznym amfiteatrem. Nie zaprzeczę, że sam w sobie jest czymś okazałym i ciężko uwierzyć, iż wybudowały go ludzkie ręce. Jednak, krążą pogłoski, że w Koloseum oprócz walk gladiatorów mordowano chrześcijan (w środku koloseum znajduje się krzyż, który ma to symbolizować), a sam Amfiteatr Flawiuszów miał świadczyć o potędze cezarów Rzymu. Zgaduję, że może również z tego względu zachwyt Koloseum nie wydarzył się u mnie. Prawdopodobnie, miałam zbyt duże komercyjne oczekiwania i dlatego się rozczarowałam.

Najmilej wspominam chwile spędzone przy słynnej Fontannie di Trevi, gdzie udało mi się ochłodzić, a później zasmakować prawdziwej włoskiej pizzy w jednej z pobliskich restauracji. Przy fontannie spotkamy tłumy ludzi z całego świata i miliony monet, które wrzuca się do wody wierząc, że czeka nas szczęście.

Enklawa Watykan, którą znajdziecie w centrum Rzymu nie zawiodła. Chociaż jest najmniejszym na świecie państwem, w którym panuje absolutna monarchia, Watykan wywołuje w człowieku niesamowicie pozytywne emocje. Warto posiedzieć na Placu św. Piotra i pomyśleć o doczesności, ale i tym, co jeszcze przed nami. Zresztą, mówiąc o historii, to właśnie w Rzymie współczesność miesza się ze starożytnością.

Wracając do Watykanu – to państwo, ale i jednocześnie miasto wpisane jako całość na listę UNESCO. To dopiero osiągnięcie. Tutaj odwiedziłam Bazylikę św. Piotra i zobaczyłam Kaplicę Sykstyńską.

Ogromnie podobało mi się Forum Romanum czyli najstarszy plac miejski we Włoszech. Forum Romanum to dodatkowo ruiny dawnych okazałych budowli, m.in. świątyni rzymskich bogów, łuków triumfalnych, kolumn i pomników, otoczone sześcioma wzgórzami.

Panteon, który także dane było mi zobaczyć, to ogromna świątynia zbudowana ku czci najważniejszych bóstw. Wnętrze zapiera dech – szczególnie sufit, w którym widnieje okno na świat. Wpadają przez nie malowniczo promienie słońca i rozpraszają mrok panujący wewnątrz świątyni.

Będąc w Rzymie po pierwsze, warto pospacerować ulicami i zatrzymać się we włoskiej kawiarni na prawdziwe croissanty czy panini, albo skusić się na… kokosa sprzedawanego, gdzieś w przydrożnej budce. Warto rozglądać się dookoła, bo jako Wieczne Miasto Rzym na każdym kroku zachwyca starożytnymi ruinami. Po trzecie, warto bacznie obserwować rzekę Tyber, a może dostrzeżecie na niej Wyspę Tyberyjską, na którą warto wybrać się, aby jeszcze mocniej poczuć klimat dawnych dni.

Jeśli nie lubicie chodzenia to po czwarte, warto zainwestować w 2- lub 3-dniowy bilet na całą komunikację miejską czyli Roma Pass. Jak w każdym większym turystycznym mieście możemy na nim oszczędzić, bo oferuje on darmowe wejście do dwóch pierwszych muzeów w Rzymie, a do kolejnych mamy zniżkę. Co więcej, z nim tańsze są zarówno wycieczki, jak i wydarzenia kulturalne w Rzymie.

Jest takie angielskie powiedzenie „When in Rome, do as the Romans do”. Tłumacząc na j. polski: Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. W Rzymie naprawdę można na chwilę poczuć się jak rodowity Włoch.

PRAGA W SKRÓCIE czyli Prague in a nutshell

We wrześniu miałam okazję odwiedzić Pragę, piękną stolicę Czech liczącą ok. 1,243,000 mieszkańców. Pragę pokochałam już za samą nazwę.

O Pradze można pisać w nieskończoność: położona na rzece Wełtawie i wielu wzgórzach oferuje widoki, które potrafią zauroczyć. Liczne wąskie uliczki oraz pałacowy park, gdzie natknęłam się na azjatycką parę w trakcie ślubnej sesji – czynią ją miastem miłości.

Naturalne wzniesienia w mieście pozwalają cieszyć się niesamowitą panoramą stolicy Czech.

Największe wrażenie zrobił na mnie Ratusz Staromiejski z wieżą, na którą można wejść schodami lub wjechać windą, a warto, dla… widoków, oczywiście! Wieżę zdobi wciąż działający zegar astronomiczny. Opłata za wejście na wieżę wynosi 21 zł czyli ok. 130 CZK.

Kolejnym miejscem na mojej liście „must see” w Pradze jest Wyszehrad lub oryginalnie Vyšehrad, czyli wzgórze znajdujące się na północ od centrum miasta. Jest to punkt obserwacyjny na skalistym terenie, gdzie kiedyś postawiono twierdzę obronną, której ruiny do dziś goszczą w tamtych okolicach.

Most Karola to także najczęściej fotografowany zabytek Pragi. Nie zapomnę spaceru „z głową w chmurach”, bo przejście mostem naprawdę pozwala się zrelaksować. Było dość tłoczno. gdyż jest to najpopularniejsze miejsce w Pradze odwiedzane przez setki, a nawet tysiące turystów i to różnej narodowości, ale widok rzeki widziany z mostu rekompensuje przepychankę przez tłum.

Jest to najstarszy most, który wybudowano na miejscu mostu „the Judith Bridge”, który zabrała powódź w 1342 roku. Na moście znajduje się figura św. Jana Nepomucena, a pod nią płaskorzeźba, której według wierzeń wystarczy dotknąć, by spełniło się Twoje marzenie. Spróbowałam rzecz jasna i raczej nie narzekam na realizację moich planów.

Swój spacer po Moście Karola zakończyłam przy Bramie Prochowej (bramie-wieży) – wychodzi ona na Stare Miasto. Przez nią prowadzono czeskich królów w czasie ich koronacji. Zresztą, bramę zdobią królewskie wizerunki Przemysława Ottokara II, Karola IV, Jerzego z Podiebradowa i wreszcie, Władysława II Jagiellończyka, który ją ufundował. Prašná brána, bo tak nazwiemy ją po czesku, jest najważniejszym gotyckim zabytkiem Pragi.

Jedzenie… znalazłam czas na kilka dobrych kaw i obowiązkowo trdelnika z bitą śmietaną! Trdelnik to pyszne ciastko – czesko-słowacki rarytas wykonany z walcowanego ciasta, owijanego wokół kija, a następnie grillowanego i posypanego cukrem wymieszanym z migdałami lub z cynamonem. Słowacki przysmak, bo przepis najpierw przybył do Skalicy czyli słowackiej miejscowości graniczącej z Czechami. W Skalicy go nieco zmodyfikowano dzięki czemu teraz turyści odwiedzający Pragę mogą cieszyć nim swoje podniebienie i zachwycać się poezją wydobytego przez skalickich mieszkańców smaku.

Praga dziś to już nie tylko Most Karola czy Wyszehrad. To także Bulgari, Louis Vuitton czy Prada. Na Ulicy Paryskiej w Pradze znajdziemy najbardziej luksusowe marki: Gucci, Cartier, Burberry – jeśli ciąży Ci portfel tutaj na pewno znajdziesz rozwiązanie owego problemu.

Praga jest ogromna. Według mnie pięć dni, a tyle trwała moja przygoda w czeskiej stolicy, to stanowczo za mało, żeby nacieszyć nią oko. 150 kościołów, liczne muzea, wspaniałe kilkusetletnie kamienice wyrwane z innej epoki – warto poświęcić temu czas i nie śpieszyć się ze zwiedzaniem.

Mam zamiar wybrać się do Pragi ponowie w niedalekiej przyszłości. Tym razem, z całą rodziną. Jeśli ktoś tak jak ja, planuje podróż z małym dzieckiem i nie chce się nabiegać, warto pomyśleć o skorzystaniu z Ecotrain, tramwaju, metra lub łodzi i przy okazji spojrzeć na Pragę z perspektywy Wełtawy.

Można także skusić się na 1-, 3- lub 4-dniowy „travel pass” czyli przepustkę turystyczną/kartę, dzięki, której nie musimy martwić się o bilety. Więcej o tym na stronie https://www.praguecard.com/.

Wracając z Pragi miałam okazję odwiedzić jeszcze Adršpach czyli słynne Skalne Miasto w Czechach. Ogromne skały, które możemy tam zobaczyć przyjmują zaskakujące kształty. Moją ulubioną byli „Kochankowie” – dwie skały przywodzące na myśl całującą się parę. Znajdziecie zdjęcie „Kochanków” w galerii pod tym wpisem.

W lokalnym kiosku Skalnego Miasta upolowałam swoją osobistą miniaturową maskotkę Krecika (moja ulubiona bajka z dzieciństwa) i kilka Studentskich w różnych smakach. Z takim bagażem upominków i zachwycających doświadczeń wyruszyłam do domu.

Skuście się na Pragę, a tymczasem: Štastnou cestu, na shledanou!

Poniżej moje autorskie zdjęcia zrobione w Pradze i Adršpachu. Miłego oglądania.

W górach jest wszystko, co kocham.

Miłość do gór pielęgnuję w sobie od wielu, wielu lat. Każdy, kto chociaż raz zdobył swój szczyt bardzo dobrze zna uczucie na pełnym wdechu. Na wysokości powietrze smakuje zupełnie inaczej: jakoś tak rześko i beztrosko. Kiedy stawiasz krok za krokiem, a każdy mięsień daje o sobie znać, wiesz, że endorfiny wynagrodzą każdą kroplę potu, która spłynie po czole w tej pieszej wędrówce. Zazwyczaj jadąc w góry odhaczam na liście przynajmniej jeden niższy, bądź wyższy wierzchołek. Tym razem ze względów rodzicielskich było nieco spokojniej. Musieliśmy znaleźć taką trasę, by dwuślad t.j. wózek naszego malucha łatwo zdał na niej egzamin. Kilka dni temu zatrzymaliśmy się w Zakopanem, a stąd całkiem niedaleko do naprawdę zapierających dech w piersiach dolin, które oferują wiele do zobaczenia, a przy tym nie są nadto fizycznie wymagające.

DOLINA STRĄŻYSKA

Dolina Strążyska ma ok. 3 km długości, a więc spokojnym spacerem cała przeprawa przez nią trwa ok.1, 5 godziny.

Przez dolinę płynie Potok Strążyski tworzący liczne kaskady, a przyznam, że uwielbiam przyglądać się wartko płynącej górskiej wodzie radośnie podskakującej na kamienistych wybojach. It’s so hypnotizing… Jego źródło znajduje się w Małej Dolince, zaraz pod Giewontem. Nad Giewont też udało mi się w życiu dotrzeć – polecam, bo widok stamtąd na zawsze pozostaje nie tyle w pamięci, co w sercu.

Jednym z ciekawszych miejsc Doliny jest Skała Edwarda Jedlinka (1855-1897). Był on czeskim publicystą opowiadającym się za przyjaźnią polsko-czeską. Zgodnie z tym, pisał wiele artykułów do prasy czeskiej właśnie o takiej tematyce. W skale widnieje tablica pamiątkowa na jego cześć, której wbudowanie w 1897 roku zainicjował sam Henryk Sienkiewicz.

DOLINA CHOCHOŁOWSKA

Dolina Chochołowska swoją nazwę zawdzięcza nieopodal leżącej wsi Chochołów. Iść, ciągle iść – tutaj można naprawdę długo zachwycać się górskimi krajobrazami, bo to najdłuższa (10 km) dolina po naszej stronie Tatr. To moje ulubione „niewymagające” miejsce w Tatrach Zachodnich. Cała podróż zaczyna się na Siwej Polanie. Spacerując wzdłuż Potoku Chochołowskiego miniemy Niżną Bramę Chochołowską. Na tym przewężeniu znajdziemy tablicę upamiętniającą wizytę Jana Pawła II w naszych polskich górach. Nieco dalej pojawia się skrzyżowanie z czarnym szlakiem, prowadzącym Ścieżką Pod Reglami i kolejne zwężenie czyli Wyżnia Brama Chochołowska. Po trzecim skrzyżowaniu naszym oczom ukazuje się Polana Chochołowska, na której, co roku fioletowo kwitną krokusy.

Trzy razy w życiu miałam okazję przejść całą Dolinę Chochołowską i niezmiennie ten widok wzbudza we mnie zachwyt. Na samym końcu Polany znajduje się największe schronisko w Tatrach – wielki murowany gmach oferuje ciepły posiłek lub kawę i szarlotkę, dla tych, którzy trafią tu w porze deserowej. Cudowny klimat. Warto usiąść z kubkiem kawy na zewnątrz, by zadumać się przez moment zanim podejmiemy drogę powrotną do hotelu, a potem do codzienności.

Będąc w Zakopanem warto nie zapomnieć o odwiedzeniu słynnych i znanych wszystkim Krupówek, Wielkiej Krokwi, a także niedawno powstałego, bardziej komercyjnego Centrum Handlowego Krupówki 40. Na samej górze znajdziemy kawiarnię i taras widokowy skąd można do woli podziwiać Tatry i Gubałówkę delektując się przy tym pyszną kawą i koncertami na żywo.

Nicea na francuskim Lazurowym Wybrzeżu

Skoro wakacje w pełni na myśl przychodzą miasta, które warto odwiedzić w tym upalnym okresie. Nicea to kolejna moja miłość na Południu Europy zaraz po Barcelonie. Położona jest nad Morzem Śródziemnym i jest piątym, co do wielkości miastem Francji. Nie ukrywam, że to centrum Francuskiej Riwiery jest miejscem pełnym smaku: zapach oliwek, kawy i marokańskich przypraw, świetnie ubrani Francuzi i ciągnące się wzdłuż plaży rzędy ‚kalifornijskich’ palm – to kumulacja piękna w jednym miejscu. Nicea to melting pot, więc to także kumulacja wielu kultur w jednej aglomeracji. Co warto tutaj zobaczyć ?

Promenada Anglików

Mój ulubiony spot w Nicei. Siedem kilometrów ciągnącej się wzdłuż wybrzeża promenady zachwyca widokiem kamienistej plaży. Niebieskie parasolki wyrastają z ziemi osłaniając przed żarzącym słońcem spragnionych wypoczynku wczasowiczów. Promenada to także raj dla rowerzystów. Spacerując trzeba jednak na nich uważać, bo nie trudno o czołowe zderzenie z rozpędzonym jednośladem, gdy nieprzytomnym wzrokiem chłoniemy okoliczne krajobrazy.

Stare Miasto

Urokliwe wysokie kamienice, ciasne uliczki wypełnione zapachem Prowansji, parterowe restauracje i sklepy oraz dużo pamiątek handmade – Stare Miasto to raj dla globtrotera. Usytuowane pod Wzgórzem Zamkowym oferuje szereg atrakcji, tutaj zobaczymy Dom Adama i Ewy, Operę Nicejską, kaplicę św. Rity, Pałac Sprawiedliwości czy Fałszywą Bramę, która zaprowadzi nas w stronę Nowego Miasta. Zanim jednak zdecydujemy się podążyć za współczesnością odwiedźmy jeszcze Plac Massena.

Plac Massena

Czarno-biała szachownica u stóp – tak wygląda deptak na nicejskim Placu Massena. To tutaj mają miejsce największe imprezy w Nicei np. słynny Karnawał w Nicei (Carnaval de Nice). To takie europejskie Rio de Janeiro obchodzone w lutym i mające ponad 140 lat. Co roku zmienia się motyw przewodni karnawału, a sama zabawa trwa dwa tygodnie. Plac Massena to także miejsce na relaks, dużo zieleni, gdzie można rozłożyć koc piknikowy i chwilę poleniuchować na łonie natury wraz z rodziną.

Plaże, plaże i jeszcze raz plaże

Skoro jesteśmy nad Morzem Śródziemnym warto znaleźć moment na kąpiel słoneczną. Co prawda, Nicea słynie z kamienistych plaż, ale to czyni ją niepowtarzalną. Może nie należą do tych najwygodniejszych i warto mieć na nogach specjalne buty, aby nie stąpać po gorącym żwirku, ale za to woda ma naprawdę lazurowy kolor, a przecież trzeba tym nacieszyć oko, bo na Lazurowym Wybrzeżu to punkt obowiązkowy.

Barcelona – miasto moich snów

Barcelona to miasto słońca i nie ze względu na pogodę, ale na jej wiecznie uśmiechniętych mieszkańców. Miałam okazję doświadczyć tejże gościnności w 2015, a potem w 2017 roku.

Najpiękniejsze wspomnienia przywiozłam z La Rambli – to nie tylko najpopularniejsza ulica Barcelony, ale i ulica wielu narodowości tętniąca życiem od rana do wieczora. Ma ok. 1,5 km długości, a przy okazji tak długiego spaceru można wstąpić do jednej z jej licznych restauracji by skosztować słynnej Paelli pachnącej owocami morza czy też kupić pamiątkę, która później przyozdobi dumnie ściany naszego domu i przypomni błogie wakacyjne chwile. Nie oparłam się pokusie zrobienia sobie zdjęcia z odkrywcą Ameryki, bo na środku Placa Portal de la Pau obok Port Vell t.j. Starego Portu znajduje się pomnik Krzysztofa Kolumba i właśnie tutaj rozpoczyna się lub kończy deptak La Rambla. Statua upamiętnia miejsce powrotu Krzysztofa Kolumba z jego pierwszej wyprawy do Indii Zachodnich, a wzniesiona została z okazji Wystawy Światowej w 1888 roku. Będąc w pobliżu La Rambli warto odwiedzić Dzielnicę Gotycką (Barri Gotic), gdzie wybudowano katedrę Św. Eulalii – chrześcijańskiej męczennicy. Świątynia jest imponująca i wprawia w zadumę. Czasami nie zaszkodzi zwolnić i poza wylegiwaniem się na piaszczystej plaży odwiedzić kilka historycznych miejsc.

Zgodnie z tym, będąc w Barcelonie nie można przeoczyć Sagrady Familii – secesyjnego kościoła o statusie bazyliki mniejszej mierzącego 172 m wysokości i będącego urzeczywistnieniem snu projektanta Antoniego Gaudiego. Bazylika ma grono swoich fanów, jak i przeciwników. Jest to budowla nieprzeciętna i wychodząca poza artystyczne ramy. Ma aż 18 wież, a każdy element budowli ma być niepowtarzalny. Moją uwagę przyciągnęła nie tylko sama Sagrada Familia, ale przede wszystkim historia jej autora opowiedziana przez lokalną przewodniczkę. Gaudi był ponoć samotnikiem, a projekt Sagrady był jego życiowym celem przez blisko 40 lat. Nie udało mu się dokończyć swojego dzieła, gdyż w 1926 roku Gaudi wyszedł na ulicę i został potrącony przez tramwaj. Nie zginął wówczas lecz trafił do przytułku będąc uznanym za bezdomnego. Udało się w końcu ustalić kim tak naprawdę jest rzekomy włóczęga, ale było już za późno by coś zmienić, a sam architekt odmówił przeniesienia do lepszego szpitala. Zabawne, iż umarł wśród biednych ludzi mając tak bogatą przeszłość.

Mercat de la Boqueria

Kolejna z atrakcji Barcelony. Targ mający aż 13 631 metrów kwadratowych powierzchni, gdzie można znaleźć dosłownie same smakołyki: od mięsa po słodycze i smoothie, przez bułeczki i żelki… Miałam ochotę spróbować wszystkiego, ale czas mnie gonił, więc w przeciągu 20 minut udało mi się wypić smoothie, kupić parę bułeczek i oczywiście kilka pysznych kwaśnych żelków.

W Barcelonie spędziłam zaledwie dwa dni, dlatego ciągle czuję niedosyt. Jest to miejsce, które można nieprzerwanie odkrywać. Będąc tam odniosłam wrażenie, że to labirynt, którego kręte drogi prowadzą w miejsca, z których nie chce się wychodzić. Barcelona wciąga i myślę, że następnym razem dam się jej wciągnąć przynajmniej na tydzień, bo 48 godzin to za mało, aby poznać jej wszystkie tajemnice. Poza tym, muszę wrócić, bo na placu za Sagradą Familią kupiłam piękną, srebrną obrączkę nieoficjalnie zaręczając się z moim ulubionym miastem snów.