Barcelona – miasto moich snów

Barcelona to miasto słońca i nie ze względu na pogodę, ale na jej wiecznie uśmiechniętych mieszkańców. Miałam okazję doświadczyć tejże gościnności w 2015, a potem w 2017 roku.

Najpiękniejsze wspomnienia przywiozłam z La Rambli – to nie tylko najpopularniejsza ulica Barcelony, ale i ulica wielu narodowości tętniąca życiem od rana do wieczora. Ma ok. 1,5 km długości, a przy okazji tak długiego spaceru można wstąpić do jednej z jej licznych restauracji by skosztować słynnej Paelli pachnącej owocami morza czy też kupić pamiątkę, która później przyozdobi dumnie ściany naszego domu i przypomni błogie wakacyjne chwile. Nie oparłam się pokusie zrobienia sobie zdjęcia z odkrywcą Ameryki, bo na środku Placa Portal de la Pau obok Port Vell t.j. Starego Portu znajduje się pomnik Krzysztofa Kolumba i właśnie tutaj rozpoczyna się lub kończy deptak La Rambla. Statua upamiętnia miejsce powrotu Krzysztofa Kolumba z jego pierwszej wyprawy do Indii Zachodnich, a wzniesiona została z okazji Wystawy Światowej w 1888 roku. Będąc w pobliżu La Rambli warto odwiedzić Dzielnicę Gotycką (Barri Gotic), gdzie wybudowano katedrę Św. Eulalii – chrześcijańskiej męczennicy. Świątynia jest imponująca i wprawia w zadumę. Czasami nie zaszkodzi zwolnić i poza wylegiwaniem się na piaszczystej plaży odwiedzić kilka historycznych miejsc.

Zgodnie z tym, będąc w Barcelonie nie można przeoczyć Sagrady Familii – secesyjnego kościoła o statusie bazyliki mniejszej mierzącego 172 m wysokości i będącego urzeczywistnieniem snu projektanta Antoniego Gaudiego. Bazylika ma grono swoich fanów, jak i przeciwników. Jest to budowla nieprzeciętna i wychodząca poza artystyczne ramy. Ma aż 18 wież, a każdy element budowli ma być niepowtarzalny. Moją uwagę przyciągnęła nie tylko sama Sagrada Familia, ale przede wszystkim historia jej autora opowiedziana przez lokalną przewodniczkę. Gaudi był ponoć samotnikiem, a projekt Sagrady był jego życiowym celem przez blisko 40 lat. Nie udało mu się dokończyć swojego dzieła, gdyż w 1926 roku Gaudi wyszedł na ulicę i został potrącony przez tramwaj. Nie zginął wówczas lecz trafił do przytułku będąc uznanym za bezdomnego. Udało się w końcu ustalić kim tak naprawdę jest rzekomy włóczęga, ale było już za późno by coś zmienić, a sam architekt odmówił przeniesienia do lepszego szpitala. Zabawne, iż umarł wśród biednych ludzi mając tak bogatą przeszłość.

Mercat de la Boqueria

Kolejna z atrakcji Barcelony. Targ mający aż 13 631 metrów kwadratowych powierzchni, gdzie można znaleźć dosłownie same smakołyki: od mięsa po słodycze i smoothie, przez bułeczki i żelki… Miałam ochotę spróbować wszystkiego, ale czas mnie gonił, więc w przeciągu 20 minut udało mi się wypić smoothie, kupić parę bułeczek i oczywiście kilka pysznych kwaśnych żelków.

W Barcelonie spędziłam zaledwie dwa dni, dlatego ciągle czuję niedosyt. Jest to miejsce, które można nieprzerwanie odkrywać. Będąc tam odniosłam wrażenie, że to labirynt, którego kręte drogi prowadzą w miejsca, z których nie chce się wychodzić. Barcelona wciąga i myślę, że następnym razem dam się jej wciągnąć przynajmniej na tydzień, bo 48 godzin to za mało, aby poznać jej wszystkie tajemnice. Poza tym, muszę wrócić, bo na placu za Sagradą Familią kupiłam piękną, srebrną obrączkę nieoficjalnie zaręczając się z moim ulubionym miastem snów.