Całkowite zanurzenie w anglojęzycznych serialach – MOJA TOP LISTA

Kiedyś wspominałam, że Total Immersion czyli całkowite zanurzenie w angielskim jest jedną z najlepszych metod uczenia się języka obcego. Poprzez całkowite zanurzenie się mam na myśli otaczanie się angielskim w każdej możliwej sytuacji. Oczywiście, najlepszym rozwiązaniem jest wyjazd do anglojęzycznego kraju i najlepiej znalezienie się w środowisku anglojęzycznym t.j. między prawdziwymi native speakerami języka angielskiego. Niestety, nie każdy ma takie możliwości czy to ze względu na brak czasu, pieniędzy, chęci, albo… odczuwanego strachu. Nie lubimy być rzucani na głęboką wodę, a tym bardziej jeśli startujemy od poziomu „absolute beginner” t.j. nie posiadamy żadnej znajomości języka angielskiego i nigdy wcześniej się go nie uczyliśmy. Otaczać językiem możemy się na kilka sposobów: poprzez słuchanie anglojęzycznego radia np. //www.bbc.com/, wejść na Skype, znaleźć odpowiednią platformę online, można także wybrać się na miasto i porozmawiać na żywo z anglojęzycznymi osobami przesiadującymi w restauracjach często otwartymi na nowe znajomości. Niektóre lokale organizują nawet takie „posiedzenia z kawą”, gdzie rozmawia się tylko w języku obcym.

Jeśli lubicie kino warto oglądać anglojęzyczne filmy czy seriale. Polecam szczególnie te z anglojęzycznymi subtitles. Ja ostatnio uwielbiam włączyć Netflixa, potem kolejny odcinek „Ani, nie Anny” i wygodnie ułożyć się na kanapie z kubkiem gorącego kakao i małą przekąską. W takich chwilach „zanurzam się” do tego stopnia, że można do mnie mówić i mówić, a ja z pewnością nie zwrócę na to uwagi.

Skoro o serialach mowa, to właśnie w tym poście postanowiłam zebrać listę moich ulubionych seriali, które szczerze polecam. Nie bójcie się angielskich napisów. Na początku może być to nieco niekomfortowe uczucie, ale bardzo szybko nasz mózg to zaakceptuje i przestawi się na obcojęzyczny tryb.

Pamiętam mój pierwszy wykład z Literatury Brytyjskiej na studiach. Wszyscy byliśmy zaskoczeni, że był w całości przeprowadzony po angielsku i notatki musiały być angielskie, a później nauka i egzaminy zdawane wyłącznie po angielsku. Zaskoczenie z czasem minęło, a w zamian pojawiła się czysta przyjemność słuchania i zanurzania się w języku na każdych zajęciach przez pięć kolejnych lat. Stało się to dla mnie czymś naturalnym i oczywistym – tak dzieje się, gdy wyjeżdżamy za granicę, oglądamy filmy po angielsku, słuchamy anglojęzycznej muzyki czy wieczorami mówimy do… lustra po angielsku, żeby przełamać barierę językową, gdy wydaje nam się, że śmiesznie brzmimy i komicznie wyglądamy mówiąc po angielsku. Takie „sam na sam z lustrem” pozwala się przekonać, że wcale nie jest tak tragicznie.

Poniżej moja subiektywna lista 5 top seriali, które w ostatnim czasie skradły moje oczy. Niektóre lekkie „do pośmiania”, niektóre nieco bardziej wyniosłe skłaniające do refleksji. Każdy znajdzie coś dla siebie.

1 The Mindy Project

Każdy odcinek to wyciskacz łez…, ale tych płynących po twarzy od śmiechu. Serial o młodej lekarce, która próbuje pogodzić pracę z życiem prywatnym. To taka Bridget Jones, ale w dłuższym wydaniu. Nie wiem, jak wy, ale nie lubię, gdy mój ulubiony serial dobiega końca. Potem zawsze dochodzę do siebie przez kilka tygodni, aż znajdę coś, co go godnie zastąpi. „The Mindy Project” ma na szczęście, aż 6 sezonów. Uwielbiam główną aktorkę Mindy Kaling za jej dystans do siebie i za niesamowite poczucie humoru. Zresztą cała obsada staje na wysokości zadania: potrafią żartować, wzruszać… ach, chętnie oglądnęłabym całość jeszcze raz, ale nigdy nie wchodzę dwa razy do tej samej rzeki. Zazdroszczę, że macie seans dopiero przed sobą!

2 The Crown

Bardzo lubię seriale oparte na faktach. Lubię biografie znanych osób przedstawione od tej innej strony medalu, bardziej kontrowersyjnej, wnikliwej. „The Crown” z pewnością wpisuje się w ten klimat. Serial o „brytyjskiej koronie”, o królowej Elżbiecie II. W serialu zobaczycie różne odsłony Jej Wysokości (Her Majesty), tę silną, ale i kruchą, delikatną. Serial pełen jest wielkich namiętności, ale i wielbiciele politycznych zagrywek i historii znajdą w nim dużo smaczków. Świetny brytyjski akcent Claire Foy, która wciela się w rolę królowej jest jak miód dla uszu. Zresztą, nie tylko akcent, ale cała jej gra aktorska miażdży! Jak do tej pory powstały dwa sezony, ale za to jeden odcinek trwa ok. 45 minut. Sezon trzeci podobno rusza już w listopadzie. Niestety, w tej serii Claire Foy i Matta Smitha, który wciela się w postać księcia Filipa zastąpią nowe twarze.

3. Anne with an E

Anię z Zielonego Wzgórza zna każdy. Myślę, że większość z nas miała z nią styczność w szkole podstawowej. Osobiście, uwielbiałam czytać o jej przygodach. W serialu Netflixa rudowłosa, piegowata Ania zmienia rzeczywistość Avonlea. Już od pierwszych chwil skrada serce Mateusza, a nieco później i Maryla nie potrafi wyobrazić sobie życia przed Anią. Serial nie jest typowym „zabijaczem czasu” dla młodzieży. Główna bohaterka ma być swoistym „archetypem” współczesnej kobiety: silna, przebojowa, pewna swoich racji, indywidualistka – taka jest Ania, nie Anna. Świetny angielski, piękne monologi, cudowne zdjęcia… Dużo kwiatów. Dwa sezony już za mną, a wrzesień 2019 szykuje trzecią serię.

4. Better Things

Amerykański serial nie dla każdego. To pierwsza definicja, która przychodzi mi do głowy. Główna bohaterka, Sam jest po 40-stce. Wychowuje samotnie trzy córki. Wszystko to w sposób dość niekonwencjonalny, bo dość wyluzowany, ale jednak bardzo prawdziwy. Sam próbuje godzić pracę aktorki i problemy życia codziennego jak jej starzenie się, dorastanie dzieci, wolność, odpowiedzialność, zależność, śmiertelność. Specyficzny klimat serialu i dialog pomiędzy Sam, a jej córkami, albo jej matką, która często wpada do niej bez zapowiedzi czasami wzrusza, czasami śmieszy. Bywa, że zostawia na twarzy widza wielki znak zapytania – „Better Things” mimo swojego wolnego flow, potrafi mieć zaskakujące zwroty akcji.

5. This is Us

Mój numer jeden, chociaż piąty na liście. „Tacy jesteśmy” – plakat wskazuje na to, że będzie to kolejna tkliwa opowieść o miłości i przyjaźni oraz rodzinnych perypetiach, a tutaj zdziwiłam się, bo jest to tak smaczna opowieść o miłości, przyjaźni i rodzinie jakiej dawno nie widziałam na ekranie. Amerykański serial z 2016 roku opowiada o rodzinie Pearsonów – Rebecca (Mandy Moore) i Jack (Milo Ventimiglia) spodziewają się trojaczków. Niestety, jest im dane wychować tylko dwoje z nich. Jednak, los chce, że na ich drodze staje trzeci maluch, którego decydują się adoptować, aby wypełnić pustkę po utraconym dziecku. „The Big Three” – tak mówią o swoich dzieciach Rebecca i Jack. Serial opowiada o późniejszych losach Wielkiej Trójki. Pierwszy odcinek przenosi nas w przyszłość. Wielka Trójka świętuje swoje urodziny, ale oddzielnie. Widzimy jak potoczyły się ich losy po ponad 30 latach. Z czasem dowiadujemy się także więcej o losach ich rodziców. Fabuła serialu opiera się na retrospekcjach. Wiele wydarzeń zostaje wytłumaczonych dopiero, gdy mamy szansę powrócić do dzieciństwa Wielkiej Trójki czyli Kevina, Kate i Randalla.

Więcej nie powiem, więcej czeka na was przed telewizorem. Oczywiście, z angielskimi napisami na ekranie, miską popcornu w ręce i wyborowym towarzystwem.

Reklama